Bloog Wirtualna Polska
Są 1 202 463 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Znicz

piątek, 01 listopada 2013 20:04

Grób - słowo klucz na dzisiaj... Nie mam Tego Dziecka i nie mam grobu - to prawie tak jakby nic się nie stało... Pojechaliśmy na cmentarz, ale Ciebie tam nie ma. Jest cmentarz, pełno ludzi, mnóstwo grobów, ale żaden nie jest nasz. Śmierć dziecka jest zawsze niesprawiedliwa - dla rodziców, dla matki. Ale nie ma większej krzywdy na świecie niż świadomość, że nie wiemy gdzie nasze dziecko jest. To boli najbardziej. Bo grób daje spokój - nawet jeśli nie zgadzamy się na ten boski wyrok, to świadomość, że moje dziecko leży tu, w tej ziemi, jest w jakiś sposób kojąca... Kiedy oglądamy jakieś programy o zaginięciu dzieci, to często po latach rodzice tych dzieci mówią, że już nawet woleliby wiedzieć, że to dziecko nie żyje i móc je pochować niż żyć w niepewności, gdzie ono jest. A mi przyjdzie żyć w takiej niepewności, w takim lęku do końca moich dni. Bo szanse na znalezienie Ciebie są zerowe... Nie umiem się z tym pogodzić. Nigdy się nie pogodzę. Przysięgam. Mogę żyć z dnia na dzień, nie mówić nic nikomu, nie żalić się, nie płakać przy ludziach, a ten lęk i tak nie zniknie. Ta tęsknota nie zniknie. Mówią, że człowiek nie należy do żadnej ziemi dopóki nie pochowa w niej kogoś najbliższego. Zatem - ja nie mam jeszcze swojego miejsca na świecie, choć straciłam najbliższego sercu człowieka.   



komentarze (9) | dodaj komentarz

Dzień Dziecka Utraconego 2013

wtorek, 15 października 2013 20:28

Mogę nie mieć na nic czasu, ale na ten wpis muszę znaleźć. Muszę. Bo gdybym nie znalazła, to jakbym Cię zdradziła. Kocham Cię mój Aniołku, dzisiaj myślę o Tobie więcej niż zwykle. Dzisiaj myślę cały czas, bez przerwy. Dzisiaj, gdy patrzę w niebo moje oczy wypełniają się błękitem.

Cieszę się, że ten dzień był taki ciepły i słoneczny, bo zwykle pada i bywa już bardzo jesiennie w tym czasie. Szkoda mi wszystkiego - szkoda mi tego czasu, tego potencjału, tej miłości niespełnionej, tej radości nieprzeżytej. Szkoda... Tak bardzo szkoda... I tylko to poczucie jak bardzo bez sensu jest śmierć dziecka, nadal mnie nie opuszcza.

 

Kocham Cię Aniołku. Mama.



komentarze (12) | dodaj komentarz

Codziennik

piątek, 02 sierpnia 2013 14:50

Bardzo zła jestem na wp i bloog za to, że uniemożliwił mi blokowanie wpisów. W tej sytuacji nie będę mogła dołączyć zdjęć. W ogóle bardzo wkurza mnie ten serwis, nie wiecie może czy jakoś można przenieść blog z całą zawartością?

 

Długo nie pisałam, bo naprawdę, naprawdę, naprawdę mam BARDZO MAŁO CZASU. Ale żyję. Obiecuję odezwać się na dniach. I pojechać gdzie miałam pojechać. Ale póki co dzieci chore... Upał, lato, a one gardła mają pozawalane....



komentarze (17) | dodaj komentarz

Gdybym...

wtorek, 28 maja 2013 20:01

"Gdybym wychowywała dzieci raz jeszcze, malowałabym palcem częściej niż nim wskazywała.

Mniej bym poprawiała, więcej przytulała.

Zamiast patrzeć na czas, dawałabym sobie czas, by patrzeć.

Mniej bym dbała o to, by wszystko wiedzieć, wiedziałabym raczej jak lepiej dbać.

Częściej bym się z nimi wspinała na drzewa i puszczała latawce.

Przestałabym się bawić w powagę, a poważniej bym się bawiła.

Przebiegłabym z nimi więcej łąk i częściej przyglądała się gwaizdom.

Najpierw budowałabym poczucie własnej wartości a potem dom.

Uczyłabym ich mniej o miłości do siły, a więcej o sile miłości."

Diane Loomans

 

Wszystkim dzieciom z okazji nadchodzącego Dnia Dziecka życzę rozsądnych rodziców, a rodzicom, aby nie popełnili błędów autorki tych mądrych słów... Oby nam nie zabrakło czasu...



komentarze (16) | dodaj komentarz

Zmiany, zmiany

niedziela, 12 maja 2013 17:23

O matulu jedyna! Miesiąc nie pisałam. Nie było kiedy... Przedślubne zamieszanie, potem ten nieszczęsny ślub, chrzciny, goście, pierwszy taniec (to był mega stres!), impreza na cztery fajerki, powrót do pracy lub (co bardziej trafne) rozpoczęcie całkowicie nowej samodzielnej pracy oraz pozostałości formalności przy zakładaniu własnej firmt gigantycznej wypasionej jednoosobowej wybiły mnie z blogowego rytmu na amen. Ale już jestem. Prawdę mówiąc nie mam pewności czy wrócą regularne wpisy, ale ten jeden podsumowujący wydarzenia zeszłego miesiąca pozwolę sobie zaczynić. Starsza jest w tej chwili ogłuszona stanem podgorączkowym i/lub Piotrusiem Panem, a młodszy bananem, więc mam chwilkę. Chwilkę dosłownie.

 

Wesele i chrzciny przebiegły bez większych zakłóceń, za to uszczupliły nasze portfele. Dorobiliśmy się nowych pięknych kieliszków i kilku tysięcy złotych, które już się upłynniły. Impreza byłaby do białego rana, ale na szczęście goście wyszli trochę wcześniej, bo ja już od trzeciej widziałam podwójnie i to nie z przepicia, bynajmniej. Mieliśmy barmana Artura, który robił zajebiste drinki w kolorach tęczy i didżeja Remika, który puszczał na swojej konsoli hity ostatnich czterech dekad. Na weselu wypiłam kilka kieliszków wódki oraz trzy drinki: blue lagoon, sex on the beach oraz orgasm (ten dwa razy), więc już przed faktem zaliczyłam na błękitnej lagunie sex na plaży z dwoma orgazmami, także noc poślubna była z głowy. Rano obudziliśmy się w tym strasznym łóżku, a między nami już spały dwa bachory. O! Takie mamy tempo, a co! Wojtek wypił z cycków trochę C2H5OH, więc spał jak zabity. Ja miałam, jak się okazuje (choć nie było to zamierzone) kieckę w sam raz do karmienia. Myślałam, że się będę musiała z tego gorsetu rozbierać, ale na szczęście moje dwa obwisłe zderzaki dawały radę wyłonić się górą i włala! Dziecku cycka w dziób i dziecko robiło ziuziu do samego rana. Córka zresztą też poszła spać o 22, także przynajmniej przychówek był z głowy. Gwiazdą wieczoru była oczywiście Ola. Najpierw w kościele ukłoniła się księdzu jak królowi, do samych kolan. Potem wyjebała się przed ołtarzem, bo chodziła i śpiewała pieśni dziękczynne w czasie ceremonii. Wojtek zrobił taki wrzask w czasie chrztu, jakby diabła z niego wypędzali, a potem ryczał na samo słowo "chrzest". Nam udało się nie pomylić, klękneliśmy gdzie kazali, powiedzieliśmy co wymagali i jakoś poszło. Nie poczułam różnicy odnośnie stanu poprzedniego. Daliśmy dyla z kościoła i na imprezę. Na imprezie Olka dorwała mikrofon od naszego didżeja i dawaj w temat! "Paaaanie Boże, pobłogosław wszyyyystkie dzieci!!"

Po tym fakcie wyglądałam tak:

 

Chciała jeszcze coś dodać, ale już jej zabraliśmy ten mikrofon, bo chuj wie co by jeszcze odwaliła. Obraziła się oczywiście, a jakże.    

 

W każdym razie było pięknie i wesoło, wszyscy dobrze się bawili, a na końcu nasz świadek musiał wywozić opornych na wyjście gości wózkiem z tesco z knajpy, bo by do dnia następnego chlali i śpiewali.

 

Wróciliśmy po kilku dniach do Poznania i jakby... nic się nie zmieniło. A to ci dopiero, masz pan!

 

Zaczęłam pracę. Uzdrawiam. Przykłądam ręce do chorego i leczę. Jak czegoś nie wiem, a nie wiem wielu rzeczy, to klikam w komputer i rachu ciachu już wiem! O! Przypadki z kosmosu - przeziębienie, nadciśnienie i babci sranie. Kilka razy zaliczyłam małą panikę, ale na szczęscie mój krajowy konsultant do spraw nadzwyczajnych google.pl nie zawiódł. Po pięciu dniach czuję się zdecydowanie mądrzejsza. Mam własną pieczątkę i firmę jednoosobową, więc sami rozumiecie, że jestem w kosmos wywalona z dumy, że wreszcie na lewo mogę sobie sama euthyrox pisać i wszyscy mogą mnie w dupę pocałować. Hehe! :) Kokosów to nie ma z tej roboty, ale jakoś ujdzie. Na pierwszy miesiąc wystarczy, a potem zobaczymy, bo wiecie - ja się za miesiąc zacznę budować, a za dwa kupię sobie porsze, więc muszę jaieś dyżury zacząć, żeby na to wszystko zarobić ;)

 

No cóż... W tak zwanym międzyczasie syn skończył 11 miesięcy, zaczął chodzić, wyrosły mu trzy nowe zęby i rozwinął się językowo - nie mówi już tylko dwóch sylab ale co najmniej osiem i to w różnej konfiguracji, wieć miejscami przypomina to nawet dyskusję jakby. Jakby to dobre określenie. Jest raczej spokojny, ale szaleje za cycami. Cyce są jego epicentrum. Lubi swoją ciocię Olę. Nie lubi cioci Marzenki (ja też, to go rozumiem), jedzenie jest rozrywką numer dwa (po cycoleniu cyca), a numer trzy to piłki! Piłki wszelkiego rodzaju i wszelkich rozmiarów. Piłki, piłki - rzuca, goni, rzuca, goni. I tak w kółko.

 

Oli rozwinęła się jeszcze bardziej wyobraźnia. Zbudowała ostatnio jakieś dziwadło z poduszek i pyta:

- Mamo, co to jest?

- Nie wiem - odpowiadam zgodnie z prawdą

- No ale zgadnij!

- No dobrze, może to jest wieża?

- Nie!

- Domek?

- Nie!!!

- No to może namiot? - mówię już z pewną dozą nieśmiałości, bo ilość wykrzykników jest wprost proporcjonalna do poziomu wkurwienia mojej córki

- NIE! NIE! NIE!

- No to nie wiem kochanie, może mi podpowiesz?

- No dobra, echhhhh.... - wetschnęła - to jest WKREŃSK!

sic!!!

Wzięła chustę do noszenia Wojtka, położyła na wkreńsku i pyta dalej.

- A teraz co to jest?? He?

Poszłam za ciosem, chusta jest tęczowa, więc nieśmiało odpowiedziałam "Tęczńsk?" Prawie dumna z siebie, bo zobaczyłam wyraz zadowolenia na jej buzi, ale jak się okazało nie był to wyraz zadowolenia, satysfakcji z mojej porażki, ponieważ okazało się, że "to jest chusta, mamusiu"...

 

Zemdleję kiedyś, słowo daję.



komentarze (13) | dodaj komentarz

środa, 24 sierpnia 2016

Licznik odwiedzin:  49 559